Historia domu
Budynek przez lata: od składu kupieckiego do restauracji i sali pokerowej
Kilka faktów o kamienicy przy Grodzkiej: kto w niej mieszkał, co się w niej sprzedawało i co zostało po remoncie.
Początki
Zajrzyj w przeszłość kamienicy
To dawna miejska kamienica w mieście, które od wieków żyło z handlu i jarmarków. Z rodzinnych opowieści wiem, że parter zajmował skład towarów: mąki, kaszy, soli, cukru, herbaty i przypraw. Na piętrze mieszkała rodzina kupca, a w oficynie pracowała pracownia krawiecka z oknami na podwórko.
Najstarszy ślad, jaki znalazłem, to cegła z odciskiem palca, wypalona razem z całą partią. Pewnie ktoś przed laty nie zauważył, że kładzie rękę na mokrej glinie. Tę cegłę wmurowałem przy wejściu do restauracji, na wysokości oczu, i pokazuję ją gościom, którzy lubią takie drobiazgi.
Grube mury, ceglane sklepienia i drewniana klatka schodowa zostały takie same do dziś. Zmieniały się tylko szyldy i przeznaczenie lokali na parterze, aż zadomował się tam sklepik z nićmi, mąką i guzikami, który prowadziła moja babcia. Dziadek mieszkał na piętrze i grał z kolegami w karty przy kuchennym stole.
Kiedy dom stanął pusty, mury trzymały jeszcze mocno, ale tynki odpadały płatami, a drewniane schody trzeszczały przy każdym kroku. Wiedziałem, że albo go wyremontuję, albo przestanie istnieć. Z tamtego wahania zrodził się plan, który dziś widzisz.

Ślady dawnych czasów



Remont
Zobacz, co zostało, a co zmieniłem
Z dawnej kamienicy zostawiłem prawie wszystko, co dało się uratować: sklepienia, kafle w piecu, klamki w drzwiach, balustradę na schodach. Zmieniłem tylko to, co trzeba było: instalacje, ogrzewanie, okna. Podłogi zdjąłem deska po desce, oczyściłem i ułożyłem tak samo, tylko z nowymi legarami.
Dziś parter zajmuje restauracja, a piętro sala pokerowa. Dawny skład towarów kolonialnych pachnie obiadem, a pokój kupca wypełniły cztery stoły pod zielonym suknem. Dom robi to samo, co zawsze: zbiera ludzi przy stole, tylko zamiast mąki i soli sprzedaje obiady i spokojny wieczór.
Najtrudniejsze było sklepienie w dawnym składzie, bo cegły trzeba było odsłaniać ręcznie, bez młotków pneumatycznych. Sąsiad ze starej ulicy przyniósł mi dłuta, których używał jego dziadek, i to nimi odsłaniałem cegłę po cegle, wieczorami. Do dziś lubię patrzeć na wynik z progu restauracji.